masa krytyczna 17 ikona

Po raz pierwszy byliśmy na krakowskiej masie krytycznej jako uczestnicy. Pojechaliśmy z ciekawości, dla fanu i żeby zobaczyć, jak to jest. No i trochę z przekory – skoro nawet najwięksi krakowscy rowerowi działacze zaczęli mówić, że masa krytyczna jest bee, to trzeba to sprawdzić, powąchać, poczuć.

No dobrze. Czas na parę zdjęć i osobiste odczucia tego, który na masie nigdy nie był i ma o niej bardziej krytyczne, niż pozytywne zdanie.

Miny widzów na Rynku

Oraz kierowców siedzących w czekających na przejazd samochodach mówiły same za siebie i potwierdziły moje mniemanie – masa jest jedną z ostatnich rzeczy, która resztę społeczeństwa przekona do rowerów. I mówienie, że skoro ludzie zagłosowali w krakowskim referendum za rowerami, to jest to efekt masy, jest totalną bzdurą.

Melancholiczne, ale jednak zadowolenie uczestników

Pokazuje, że masa spełnia swoją w istocie najważniejszą funkcję – jakby to w korporacji powiedzieli: PR wewnętrzny. Jest robiona przez rowerzystów i dla rowerzystów. I nie ma znaczenia, czy będzie robiona przez prawnie działające stowarzyszenie, czy przez osoby prywatne.

Rzeczywiście – masa jest inicjatywą oddolną

O czym świadczy sam fakt, że w ogóle pojechała i że pojawiło się na niej około 60 osób. Tym samym komentarze niektórych, w tym czołowych krakowskich działaczy z Kraków Miastem Rowerów, że była to masa buntowników, albo „prawdziwych Polaków”, tudzież osób nierozumiejących sensu zlikwidowania masy, są po prostu nie na miejscu, żeby nie powiedzieć – niskie. Chcą, niech jeżdżą.

Ta masa nic nie zmieniła

Jeśli w najbliższym czasie jakiś krakowski polityk bąknie coś o rowerzystach albo pojawi się na pożyczonym rowerku, ani gdy powstaną nowe wspaniałe drogi rowerowe, to nie będzie to zasługą tej i żadnej poprzedniej masy, ale rezultatem połączenia mrówczej pracy krakowskich działaczy rowerowych z faktem, że na ulicach jest coraz więcej rowerzystów – na co dzień, a nie w piątek co miesiąc.

Nie ma sensu robić jakiś kłótni i mieć ból pewnej części ciała

Organizatorzy kwietniowej krakowskiej „nieistniejącej” masy dali dobry przykład – podziękowali stowarzyszeniu Kraków Miastem Rowerów za jego działania i zaprosili na organizowany przez KMR rowerowy przejazd sobotni. Niechaj „druga strona” (cudzysłów celowy, bo nie powinno być żadnych konfliktów i żadnych stron) zrobi to samo i powstrzyma się od swoich komentarzy. Trochę to jednak głupio wygląda, gdy działacze rowerowi walczą z masą krytyczną. Nie ma sensu się kłócić o jakiś comiesięczny przejazd rowerowy.

I najważniejsze: ta masa strasznie zarzyna średnią prędkość na liczniku

Serio. Przy przejechanych od poprzedniego zerowania bodaj 200 kilometrach średnia prędkość spadła o ponad pół kilometra na godzinę! Z drugiej strony… Jazda po mieście bez żadnego zatrzymywania się była bardzo przyjemna.

Podsumowując – nie wiem, czy pojadę jeszcze na masę. Przy moim dość krytycznym podejściu do samej idei, było bardzo sympatycznie, możliwe więc, że tak. Można pomyśleć o jakimś after party po powrocie na rynek. Nawet kosztem zostawienia roweru na mieście 🙂


Ale heca! Byliśmy na masie, której nie było 4.20/5 (84.00%) 5 votes